• Home
  • /
  • RECENZJE
  • /
  • „Ukryte terapie. Czego ci lekarz nie powie” i jej sukces wydawniczy
20-ut_okladka_1_12

„Ukryte terapie. Czego ci lekarz nie powie” i jej sukces wydawniczy

Przyznam się, nie przeczytałam tej książki w całości. Ale to, do czego dotarłam, tak mnie zezłościło, że nie zdzierżyłam więcej. Jestem zootechnikiem, biologiem, naukowcem. Przeglądając spis treści, zobaczyłam tytuł rozdziału „Czy PubMed (Medline) prawdę Ci powie?”. Nie mając pojęcia, o może chodzić, przeskoczyłam na odpowiednią stronę i zaczęłam czytać.

Jak można poważnie traktować człowieka, który najwyraźniej nie wie, jak działa PubMed, ale nie przeszkadza mu to poświęcić tej bazie cały rozdział? A może właśnie (i to jest bardziej niepokojące) wie, i dlatego przeinacza fakty?

O co chodzi z PubMedem?

Przeciętny człowiek nie spotyka się w swoim życiu z PubMedem, więc opowiem. Jest to baza artykułów naukowych dotyczących medycyny i nauk pokrewnych, założona (pośrednio) przez Narodowe Instytuty Zdrowia Stanów Zjednoczonych. Zawierają głównie abstrakty (streszczenia) tych publikacji i link do strony wydawcy. Czasem dostępny jest pełen tekst artykułu. Wydawcy mogą zamieszczać informacje o pojawiących się u nich artykułach w bazie.

Pan Zięba wspomina „bezustannie słyszę o publikacjach, które cenzorzy PubMed odrzucili. (…) Ciekawe dlaczego publikacje te nie zostały umieszczone w bazie PubMed?”. Kim zatem są cenzorzy PubMed?

Aby publikacje były dodawane do bazy, czasopismo, w którym są wydawane, musi znajdować się na liście Medline. Rzeczywiście, nie każde czasopismo może się tam znaleźć. Istnieją odpowiednie regulacje. Istnieje komitet naukowy zajmujący się selekcją czasopism branżowych, które mogą dodawać artykuły do bazy. Domyślam się, że to są owi „cenzorzy PubMedu” (choć ich dorobek jest znacząco lepiej udokumentowany niż dorobek pana Zięby. Nie udało mi się dowiedzieć, kim pan Zięba jest z wykształcenia. Podobno inżynierem po AGH, co nie jest szczególnie dokładną informacją). Na tym etapie wiemy już, że to nie pojedyncze artykuły są przez „cenzorów” odrzucane lub akceptowane, a całe czasopisma. Pomijając kryteria techniczne (jakkolwiek istotne: czasopismo musi mieć numer ISSN, być wydawane pod tym samym tytułem, być zbiorem artykułów różnych autorów, etc.), owszem, istnieje kryterium jakościowe: wartość, oryginalność, znaczenie dla dalszego rozwoju… Oceniane na podstawie opublikowanych już w czasopiśmie artykułów (trzeba dostarczyć komitetowi kilka wydanych już numerów pisma). Jakość czasopisma zależy więc od jakości jego publikacji; i oczywiście może się zdarzyć, że w dobrym jakościowo czasopiśmie znajdzie się artykuł zawierający błędy – i vice versa. Mówimy jednak o bazie zawierającej ponad 25 milionów artykułów. Nikt nie będzie ich sprawdzał pojedynczo. Część czasopism, które są recenzowane, nie znajduje się w bazie: i ponieważ większość użytkowników zdaje sobie z tego sprawę, korzysta z innych wyszukiwarek, żeby uzupełnić literaturę. Na przykład z Google Scholar. W samym PubMedzie można znaleźć artykuły podnoszące kwestię właściwego indeksowania czasopism przez tę bazę. To naprawdę nie jest spisek.

Anecdotal Evidence

Na tej samej stronie książki pan Zięba tłumaczy, że „anecdotal evidence” to nie są anegdoty, tylko „niepotwierdzone dane”. Ale słysząc ten zwrot „wielu lekarzy zupełnie ignoruje treść takiego doniesienia”.

„Anectodal evidence” to po polsku będzie raczej „dowód anegdotyczny”. Problem z takimi obserwacjami polega na tym, że cóż, są to pojedyncze obserwacje, które nie zostały przeprowadzone w sposób formalny. Jeśli obserwacja brzmi: mój dziadek palił całe życie jak smok, dożył 90 i nie miał raka płuc – czy możemy wywnioskować, że palenie nie powoduje raka płuc? Jeżeli nie powoduje w 1 przypadku na 1000, ale w 999 na 1000 już tak, to z jaką zależnością mamy do czynienia? Jeżeli lekarz (jak w przykładzie pana Zięby) wyleczył kilku pacjentów z nowotworów bez używania chemioterapii, to ten nowotwór jest uleczalny? Nie wiadomo. W przeciwieństwie do badań klinicznych, w takich opisanych przypadkach, jakkolwiek ciekawych (dlatego są dokumentowane i pojawiają się w czasopismach naukowych), nie mamy pojęcia o wielu czynnikach wpływających na sytuację. Może się okazać, że jest to terapia skuteczna w 1 przypadku na 10 000, w pewnych szczególnych warunkach – co nadal czyni ją interesującą, rzecz jasna. Ale może też być w ogóle nieskuteczna, a pacjent ma nietypową mutację genetyczną, która pozwoliła mu wyzdrowieć. Nie wiadomo, bo… nie mamy porównania. W standardowych badaniach tworzy się grupy kontrolne i grupy właściwie, poddane badaniu. Ta cała metodyka badań nie została wzięta z kosmosu, ma służyć ocenieniu korelacji między podjętym działaniem i reakcją u pacjentów. Więc gdy pan Zięba pisze „Czy nowotwór można zniszczyć bez chemio czy radioterapii? Można – to jest fakt” – to ja się z nim zgadzam. Czasem. W pewnych przypadkach.

Kilka prawd o witaminach wg Jerzego Zięby

Odwołajmy się do fragmentów dostępnych na stronie internetowej książki, które sam wybrał i umieścił. Pan Zięba obala tam między innymi mity dotyczące toksyczności witaminy C. O większości z nich nigdy nie słyszałam. Popytałam innych doktorantów biologii, o nieco innym profilu niż mój. Też nie słyszeli. Oczywiście, może to mity sprzed 30 lat. Ale w takim razie obalanie ich teraz wydaje mi się nieco… przeterminowane? O ile mi wiadomo, witaminy rozpuszczalne w wodzie ciężej przedawkować, bo są łatwo wydalane z organizmu z moczem. Jeśli się to jednak uda, można dostać biegunki. Nie wiem skąd zdanie „Wysokie dawki witaminy C zadziwiająco jednak, nie są toksyczne”, bo nie wiem kogo miało to zadziwić.

„Przeciętny człowiek wie, że marchewka jest bogata w witaminę A, chociaż tak naprawdę, w żadnej marchewce witaminy A nie ma”. Nie wiem czego pana uczyli, ale już w szkole mówią, że w marchewce jest beta-karoten, prekursor witaminy A, który dopiero musi być aktywowany w organizmie.

Kiedy pyta, kto się suplementuje witaminą D, to generalnie robi dobrze… bo przynajmniej w Europie ostatnimi czasy nagłaśniany jest problem niedostatecznej ilości witaminy D w naszych warunkach geograficznych. Stąd wiem, że w Polsce powinniśmy suplementować witaminę D. Słyszałam to już z kilku naukowych przemówień. Właściwie powinnam się ucieszyć, że pan Zięba tak chętnie przekazuje tę informację społeczeństwu, ale skoro ja to słyszałam, lekarze też nie mieli problemu z dotarciem do tej wiadomości.

W książce są odnośniki do youtube’a. Tak wygląda rzetelne źródło naukowe? W ogóle (skorzystam z okazji) ten cały spisek (nie tylko pana Zięby) a propos ukrywania naturalnych substancji na rzecz faszerowania nas lekami jest śmieszny. Jasne, koncerny farmaceutyczne sponsorujące badania mogą nie chcieć sponsorować badania nad brokułem. Nie opatentują brokuła. A w końcu zależy im na zysku. Ale koncerny to nie jedyne źródło finansowania badań naukowych – są też rządy. I są publiczne placówki – instytuty i uniwersytety – w których bada się: brokuły, jarmuż, i cokolwiek innego. Są na ten temat artykuły. Jak chcecie książki dobrze opisującej ten temat – polecam „Antyraka” dr Davida Servan-Schreibera. On tam opowiada, jak zaczął się interesować takimi artykułami.

Przy okazji David Servan-Schreiber odpowie wam też na pytanie, czemu lekarze określają czas przeżycia pacjenta z takim a takim przypadkiem na „najwyżej 3 do 6-ciu miesięcy”, a on jednak może żyć dłużej. Odpowiedzi dostarcza tzw. krzywa Gaussa. To tak, jak przeciętny wzrost kobiety w Polsce to 165 cm. Nie zmienia faktu, że każdy z nas zna kobiety, których wzrost znacząco odbiega od tej średniej. Te dwie informacje nie są ze sobą sprzeczne.

Czy warto przeczytać „Ukryte terapie. Czego ci lekarz nie powie”?

Właśnie na tym polega problem z tą książką: to nie jest tak, że są tam same kłamstwa. Są wypaczone prawdy. Albo naciągane fakty. A nawet gdy jest to zwykła prawda, to przedstawiona w sposób emocjonalny. Na dokładkę nastawia społeczeństwo przeciw lekarzom. Pacjent idzie do lekarza, mądrzejszy po lekturze książki, lekarz zwraca mu uwagę, że to jednak trzeba inaczej, i co myśli pacjent? Ten biedny lekarz nie przeczytał książki pana Zięby i nie wie! Widzę problem w relacjach między pacjentem i lekarzem, widzę też problem w braku zgodnej opieki lekarza i dietetyka, ale pan Zięba tylko powiększa istniejący konflikt. A szkoda. Cieszyłabym się, gdyby dla odmiany ktoś tak optował za połączeniem sił dietetyków, lekarzy i fizjoterapeutów w zgodnym działaniu.

Autor: Marta Niedzicka

Zdjęcie główne pobrane z ukryteterapie.pl